„To ciekawe, znów pomyślał Grossenberg.
— Pan to tak mówi, panie komisarzu, jak gdyby szkoda, której doznał mój znajomy, rzuca na niego cień.
— Jak obywatel Rzeczypospolitej miewa jakieś dziwne przykrości, to w dziewięciu wypadkach na dziesięć sam jest dziwny. Jak się przydarzy jakaś dziwność, to trzeba przede wszystkim się dowiedzieć, komu się przydarzyła. Od tego trzeba zacząć.
— Pan Leon Wachicki jest byłym wicedyrektorem Vagons Lits Cook w Krakowie i bądź co bądź synem znanej działaczki legionowej, panie komisarzu. Poniekąd częstochowianki.
— Wiemy. Ale z kim się ima, jakie ma znajomości. Gdybym go zobaczył, to bym przede wszystkim zapytał czy ma pan wrogów Pan mecenas przecie sam orientuje się w naszej pracy i wie mniej więcej, jak postępujemy. Czy ma pan wrogów i kogo pan podejrzewa, panie Wachicki tak bym go zapytał. Pan mecenas mówi, że rzucam cień — ja tylko chcę rzucić światło. Ale skoro się osobiście nie pofatygował, to przecie nie będę go przekazywał Warszawie. Sprawa tego nie jest warta. Krzywda wielka się nie stała, między nami mówiąc, co z tego, że trochę porozrzucano mu rzeczy. Mamy w Częstochowie parę ważniejszych kłopotów i nie mogę dla błahostki marnować swego aparatu. Jak pan widzi, szczery jestem z panem mecenasem.“(5)