„— To tylko niedorzeczne brednie. Samobójstwo uważa za niżej stojące od mordu, to też zależy mu, aby dźwignąć w górę swój sposób śmierci.
— Tak mówi
— Coś w tym sensie. Dźwignąć go tak, aby wzniósł się do wyżyny mordu.
Doktór i adwokat śmieją się, śmieją się naturalnym i rozsądnym śmiechem. — Tak, — opowiadał adwokat, — czyż nie nabierzemy uszanowania dla mordu, czy nie będziemy mogli wznieść się do mordu! To jest przepyszne!
Zgodzili się na to, że jeszcze czas jakiś pozostawią w sanatorjum tę zabawną figurę i poczekają.
Następnie przyszła kolej na dobrego jego towarzysza, Antoniego Mossa, tego z wysypką. Nie należało do największej przyjemności, że tu przebywał, twarz jego nie zdobiła ani werandy, ani jadami, lecz szkody też nie przynosił, a inni goście, zdawało się, nie uciekali stąd z jego powodu. Inspektor Svendsen bardzo go cenił, gdyż umiał pomóc zarówno w prowadzeniu ksiąg porą wieczorną, jak i przystąpić do partji kart, jeśli który z gości tego pragnął.
Przebrano i rostrząsano jednego pacjenta po drugim, a adwokat znów zatrzymał się przy angielskiej ministrowej; więc i nadal nic jej nie brakuje
O, owszem, doktór przepisał jej pigułki arszenikowe na pokrzepienie i proszki na sen. Niecałkiem była zdrowa duchowo. Doktór wielokrotnie był dopuszczony do niej i nabrał już określonego wrażenia co do jej stanu pewnego razu była wzburzona tem, że pocztarck sanatoryjny stał przed nią z czapką na głowie, innym znów razem gniewała się z powodu jakiejś bielizny, która suszyła się na powietrzu, a którą widać było z jej okien. No, ani jedna z tych bagatelek nie miała wielkiego znaczenia i obie zostały usunięte. Poza tem mylady była zgodbwym gościem, trzymała się na uboczu, odchodziła i wracała ze swoją dziewczyną i nie zawadzała nikomu. Gdy doktorowi óyen stawało się zbyt trudnem bezpośrednie z nią porozumienie, przystępowała tłumaczka, i wszystko szło wcale dobrze, norweska dziewczyna była prawdziwym zuchem w przekładaniu jego odpowiedzi. Zazwyczaj jednak głos zabierała mylady, mówiła naprzykład, że podobne rzeczy, jak ta bielizna i te prześcieradła na sznurze, mogły ją o siwe włosy przyprawić. Przy innej sposobności objaśniła, czemu leży w łóżku do południa tak, bo światło poranne skrzeczało do niej, mówiła,^ wrzeszczało do niej mówiła. O, to jest okrutne! Wyobraź pan sobie, doktorze, poranek po balu wieczór ubiegły był piękny, noc łagodna i kołysząca — no, a potem obudzić się nazajutrz śród światła — dziennego! Co się tyczy ogólnego jej stanu zdrowia, to sama zdawała sobie sprawę, iż znajdowało się ono w stanie rozkładu, była przepracowana, ale zgoła nie sądziła, że jest już bliską śmierci, uśmiechnęła się i rzekła — Wcaleby to do mnie nie było podobne, gdybym umarła!“(16)
<<<< Dolina Radości-zy jest
|